„Prawda była taka, że nigdy nie spojrzałeś już na nikogo więcej, jeśli mogłeś patrzeć na Monroe.”
Dużo osób od dzieciństwa marzy o sławie, dlatego większość na pytanie, kim chce być w przyszłości, odpowie, że aktorem, piosenkarzem, sportowcem. Chyba nikt nie powie, iż pragnie pracy sprzątacza, robotnika. Jednak kariera, a ostatecznie wielka sława Marilyn Monroe wpędziły ją do grobu. Czy nie byłoby dla niej lepiej, gdyby robiła coś zwyczajnego? To pytanie zadałam sobie po skończeniu „Blondynki” Joyce Carol Oates i wcale nie jestem pewna odpowiedzi.
Norma Jeane mieszka z babcią, gdyż jej matka, Gladys nie była w stanie podjąć się opieki nad nią. Jednak w szóste urodziny zabiera swoją córkę do siebie na wspólne świętowanie, to wtedy pokazuje jej zdjęcie ojca, który zawsze był wielką niewiadomą dla dziewczynki. Od tamtych urodzin mieszkają razem, niestety pewnego dnia coś się dzieje z Gladys, trafia do szpitala, a Norma do domu dziecka. Tam próbuje przetrwać, nie dać się zgnieść. Przychylna jej dyrektorka po jakimś czasie znajduje dla niej tymczasową rodzinę, która przez jakiś czas będzie kochać dziewczynę. I takie właśnie jest życie Normy, pełne zmian, które czasem wynikają z jej decyzji, a czasem nie. Po pierwszym małżeństwie staje się Marilyn Monroe, aktorką, o której każdy z nas słyszał. Jej przyjaciółka z sierocińca powiedziała: „Zawsze cię rozumiałam, Normo Jeane. Nigdy o tobie nie zapomniałam. Wiedziałam, że stałaś się Marilyn za nas wszystkie.”
Kim była naprawdę Monroe, co przeżyła? Czy odnalazła swoje szczęście, będąc sławną? Tego Wam nie powiem, przeczytajcie sami.
Od pierwszej strony wiedziałam, że Joyce Carol Oates ma wielki talent pisarski, zgrabnie i poetycko używa słów. Jej styl od razu przypadł mi do gustu i umilał czytanie tak ciężkiej (i dosłownie i w przenośni) książki, jaką jest „Blondynka”. Historia Marilyn Monroe, dziewczyny o wielu twarzach i wcieleniach jest tragiczna, niezwykła. Sama nie wiem, co mam myśleć po skończeniu tej powieści, na pewno jestem przytłoczona i pełna współczucia dla tej seksbomby XX wieku.
Wcześniej nie interesowałam się jakoś szczególnie życiem Marilyn Monroe, więc cieszę się, że przeczytałam „Blondynkę” i dowiedziałam co nieco o niej. Jednak lektura tej powieści nie zawsze była przyjemna, czasem czułam znużenie i miałam dość, na pewno nie jest to idealna, lekka powieść na wakacje. Czy żałuję, że ją przeczytałam? Nie, za wiele ładnych cytatów w niej było :). Na przykład:
„Geniusz aktora! Zaczerpnąć energii z niewypowiedzianej głębi duszy. Nie możemy cię pojąć. Nic dziwnego, że się ciebie boimy. Stoimy na odległym brzegu i z podziwem wyciągamy ku tobie ramiona.”
„Tej nocy Marilyn była niesamowita, to fantastyczna artystka, nikt inny nie miałby dość odwagi, aby stanąć przed gromadą piętnastu tysięcy ludzi, wiedząc, że nie ma talentu.” (Marilyn zaśpiewała wtedy przed nimi „Happy birthday”.)
Czy polecam tę lekturę? Trudno powiedzieć, mimo trudnych momentów, mnie się nawet podobała, ale nie była to łatwa przygoda czytelnicza, wręcz przeciwnie. Na pewno powieść zainteresuje fanów Marilyn, ale także osoby szukające kawałka dobrej literatury, bo to dzieło na pewno do takich należy.
Mam problem z ocenieniem tej książki, gdyż podczas czytania, nie bawiłam się dobrze, było mi po prostu smutno. To poważna książka, inna od tych, po które zwykle sięgam. Dam jej 7.5/10
„Nie ma wątpliwości, Monroe była jedyna w swoim rodzaju.”
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziękuję.
